Sejm od kuchni
Wyznania profesora Religi 2009-02-28 10:45
 Oceń wpis
   

Milczałem na blogu przez kilka ostatnich tygodni. W tym czasie rozmawiałem z Profesorem Zbigniewem Religą. Z naszych spotkań powstała książka:

Wszystko zaczęło się kiedy Profesor zrezygnował z wyniszczającej jego organizm chemioterapii. W czasie krótkiej rozmowy na sejmowym korytarzy zaproponował powrót do projektu sprzed kilku lat: wywiadu rzeki.
Podziwiam go za chęć do pracy. Najpierw spotykaliśmy się w sejmowej restauracji po obradach. Kiedy nie miał siły przychodzić do Parlamentu zaczęliśmy spotykać się w jego domu. Mimo postępującej choroby nie odpuszczał. Kiedy tylko miał siłę dzwonił i pytał czy mogę wpaść. Tak spędziliśmy m.in. 31 grudnia (nawet przez chwile nie żałowałem, że odpuszczam sobie sylwestra).
Rozmawialiśmy szczerze o wszystkim: Jego młodości, początkach kardiochirurgii w Polsce, o polityce, pracy w rządzie (nazwisko Kaczyński ma największą liczbę odnośników w indeksie - nawet mnie to zaskoczyło kiedy składaliśmy indeks ;), a także o życiu prywatnym, nałogach i chorobie. 
Profesor niestrudzenie nanosił poprawki na kolejne wersje rozdziałów. Cierpliwie tłumaczył kiedy nie rozumiałem jakiś zagadnień medycznych. I nawet teraz, kiedy choroba znowu silnie atakuje dzwoni dopytuje się jak postępują prace i doradza co poprawić. Mam wrażenie, że udało się stworzyć naprawdę ciekawa opowieść.
 
Ta praca pokazał jeszcze jedną rzecz. Nawet w tych trudnych czasach zdarzają się cuda. Wydawca postanowił część zysku z książki przeznaczyć na dzieło życia Profesora - Fundację Rozwoju Kardiochirurgii. I za to dziękuje Wydawnictwu Prószyński z całego serca.
Zbierając materiał miałem okazję zobaczyć Fundację. Profesor, cytując słowa Horacego, ma w Zabrzu pomnik trwalszy niźli ze spiżu. W FRK robi się fantastyczne rzeczy. Dlatego proszę Was Czytelników tego bloga - kiedy będziecie rozliczać PIT pamiętajcie o możliwości odliczenia jednego procenta i o Fundacji Profesora.

Skąd ta notka? Książka właśnie trafiła do drukarni. I dziś tą drogą chciałbym podziękować wszystkim, którzy pomogli przy jej tworzeniu!

 
 Oceń wpis
   
Pazerność niektórych wydawców i wprowadzane przez nich oszczędności, spowodowane nie tylko kryzysem, obniżają ostatnio poziom dziennikarstwa w tym kraju do poziomu bruku. Zamiast doświadczonych dziennikarzy wydawcy wolą zatrudniać o wiele tańszych studentów. Efekty ich „pracy” porażają.
 
Potknąłem się dziś o list przesłany do pewnej instytucji,  przez jedną z dziennikarek zatrudnionych w ogólnopolskim dzienniku ogólnoinformacyjnym, który ma angielskie słowa w tytule.
 Dziennikarka o małym stażu i sporym ego (miałem wątpliwą przyjemność porozmawiać z nią kiedyś na jednym z branżowych forów) pyta:
 
1)      „Jak wygląda budżet sejmu na ten rok, czyli 2009?”
 
I już mamy pierwszego newsa. Za chwilę dziennikarka odkryje, że mamy zaiste rok 2009.
A jak wygląda budżet? To taki stos kartek papieru, ładnie spiętych, z dużą ilością tekstu i tabelek. Można go zobaczyć w biurze prasowym sejmu – jeśli kiedyś porzuci się idee dziennikarstwa zabiurkowego.
 
2)      „Ile posłowie dostają miesięcznie pensji?”
 
I to też będzie news dla dziennikarki. Posłowie pensji nie dostają. Wszyscy otrzymują natomiast dietę, a niektórzy (w określonych przypadkach) także tzw. „uposażenie poselskie”.
Informację o tym można znaleźć np. na stronie biura prasowego sejmu, Google nie gryzie, ale pomogę pani redaktor.
 
3)      „Jak to się ma do planowanej przez Sejm obniżki diety poselskiej? Ile dokładnie posłom obetną?”
 
Redaktora znowu ma newsa – bo wie, że parlamentarzyści planują obniżyć dietę. Większość dziennikarzy wiedziała, że posłowie nie będą mieli podwyżki bo rząd zamierzał zmienić zasady wyliczenia płac tzw. R-ce, aby ich nie  podnosić o inflację czyli zamrozić je na obecnym poziomie.
 
Nie wiem co myśleć o drugiej części pytania. Kto i co chce obcinać posłom? Może ktoś z Czytelników ma pomysł?
 
4)      „Jakie są ryczałty na biura poselskie? Jak to się dzieje, że posłowie dostaną więcej (i o ile więcej) niż w latach ubiegłych?
 
I znowu gdyby chciało się wiedzieć wystarczyłoby zajrzeć na stronę internetową Sejmu. Tam jest pełna odpowiedź na pierwsza część pytania. Informacja o podwyżce to chyba kolejny news „pani redaktor”.
 
Bardzo ambitna redaktorka dziennika kończy swój list słowami: „i bardzo proszę o kilka zdań komentarza na ten temat”
 
Komentarz jest krótki: dopóki właściciele mediów nie zmądrzeją i nie przestaną oszczędzać na dziennikarzach, dopóty w gazetach nie będzie o czym czytać, a sprzedaż będzie spadała. Do pisania poważniejszych tekstów przydaje się wiedza i doświadczenie (background) nabywane przez lata.
 
 Oceń wpis
   
Czytam i oczom nie wierzę. Jan Rokita złamał prawo, a dziennikarze przedstawiają to jako napaść złych Niemców na Polaka. O Jarosławie Kaczyńskim i jego oświadczeniu, że w tej kwestii potrzebna jest interwencja rządu nawet nie wspominam.
 
Były poseł i podobno mój kolega po piórze (przyznam się szczerze, jeszcze ani razu nie trafiłem na tekst Jana Rokity) złamał przepisy dotyczące ruchu lotniczego.
Jak ktoś ma bilety do klasy ekonomicznej - to nie ma prawa wejść do biznesowej, nawet po to żeby zostawić tam swoje rzeczy.
Po drugie we wszystkich liniach świata (nawet tych najbardziej egzotycznych) obowiązuje  absolutny zakaz trzymania czegokolwiek na fotelach i kolanach w trakcie startu i lądowania (Jan Rokita ponoć usiłował powiesić płaszcz na fotelu)
Po trzecie nikt nie ma prawa tknąć członków Personelu Pokładowego.
I ostanie najważniejsze pilot ma święte prawo wyrzucić dowolną osobę z pokładu samolotu jeśli uzna, że stanowi ona zagrożenia dla bezpieczeństwa lotu. A wskazany przez pilota ma psi obowiązek zastosować się do zalecenia. (potem można składać protesty i żądać odszkodowania jeśli miało się rację)
Jan Rokita swoim absurdalnym zachowaniem przyniósł wstyd. Narobił też wstydu Polsce, bo jest byłym posłem.  A jego okrzyki „ratunku biją” – za chwile znajdą się w tekstach kabaretowych.
 
I co widzę w gazetach? Dziennik już na pierwszej stronie broni swojego publicysty. Pojawia się nawet komentarz naczelnego. Podobnie stanowisko mają: Polska i Gazeta Wyborcza. Tymczasem informacje o tym incydencie powinny być „krótką” w dziale policyjnym.
Do tego zbiorowego szaleństwa mediów włączyli się też politycy. ­-To, co się stało na lotnisku w Monachium, wymaga twardej interwencji ze strony polskich władz – grzmiał Jarosław Kaczyński. Coś podobnym stylu mówił przed chwilą Wojciech Olejniczak. I jak znam życie pewnie coś podobnego powie za chwilę Platforma Obywatelska.
Ludzie obudźmy się z tego szalonego snu. Rokita narozrabiał i powinien przeprosić. A poza tym ciszej nad ta trumną, bo z każda chwilą media i politycy osiągają nowe szczyty absurdu - z faceta, który ewidentnie złamał prawo zrobią świętego.

 

 
 
 Oceń wpis
   

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał wywiadu z Krzysiem Leskim to serdecznie polecam. Po przeczytaniu mam tylko jedną refleksję: los jest cholernie niesprawiedliwy.

Przyznam się szczerze bardzo Krzyśkowi zazdroszczę: wiedzy i umiejętności kojarzenia faktów i doświadczenia. Za jedną trzecią tego co ma w swojej głowie o sejmie, polityce, historii i procedurach legislacyjnych dałbym się pokroić w paseczki a nawet w kostkę ;)
I przyznam się szczerze nie rozumiem jak to jest, że Dziennikarz (tak z wielkiej litery) który relacjonował wydarzenia Sierpnia 80 w Gdańsku i obrady Okrągłego Stołu robi tylko program w Polskim Radiu? Ludzie to jest przecież jeden z najbardziej doświadczonych reporterów w Polsce! A taki Tomasz Lis negocjuje warty kilkanaście tysięcy zł (za odcinek) program w TVP.
Sorry Krzysiu, ale to Ty powinieneś prowadzić polityczne show w TV. Jak przez mgłę pamiętam pierwsze wydania Wiadomości. Ale Ciebie wyluzowanego i czytającego informacje nigdy nie zapomnę. Do dziś nie rozumiem dlaczego Wojciech Reszczyński jest kojarzony z początkiem tego programu. Był drętwy jak bela drewna. Twoje wywiady w TVP3 (to się chyba wtedy WOT nazywało były ciekawsze niż te prowadzone przez zmienniczkę)
A tak na marginesie mi Krzyś jednak bardziej kojarzy się z dziennikarstwem politycznym. Od „małego Atari” mistrzem był „Stary Zientara” ;)
 

 
 
Sejmowy remanent 2009-01-02 19:59
 Oceń wpis
   
Nudziło mi się i postanowiłem pobawić się statystykami efektów prac naszych parlamentarnych orłów i sokołów. Wyniki znowu mnie zaskoczyły, chociaż nie powinny. Jest źle. Posłowie właściwie nic nie robią.
 
Posłowie w zeszłym roku pracowali przez 78 dni.
W tym czasie statystyczny wybranie narodu złożył do laski marszałkowskiej 1,05 projektu ustawy.  Uchwalił 0,6 ustawy. 
Statystyczny poseł miał także 30,3 wystąpienia publicznego na mównicy. Każdy napisał także 14,04 interpelacji. Statystyczny poseł wygłosił również 1,4 oświadczenia.
Dużo? Raczej marne osiągniecia, biorac po uwagę, ze to efekty ROCZNEGO wysiłku. A są tacy, którzy od początku kadencji ani razu nawet nie zbliżyli się do mównicy.
 
I za co my im płacimy z naszych podatków po 10 tys. zl miesiecznie? Przecież te same obowiązki mogłoby wykonywać spokojnie 100 a nawet 50 posłów. I pewnie wtedy poziom debaty były wższy.
 
 Oceń wpis
   

Artur Górski stał się sławny na cały świat. Depeszę o jego oświadczeniu poselskim nadał właśnie Reuters. Poseł nie tylko skompromitował siebie, swoją partię, naród, ale dał też kolejny dowód „polskiego rasizmu"

O Arturze Górskim są już blogosferze setki kilobajtów informacji. Jako, że jestem sprawcą tego zamieszania dodam kilka przemyśleń od siebie. Wypowiedź Górskiego była żenująca. Jako, że padła z ust osoby raczej z marginesu sceny politycznej powinno się spuścić na nią zasłonę milczenia. Tyle, że te słowa padły z mównicy Sejmowej [dodajmy, że przy braku jakiejkolwiek reakcji prowadzącego wówczas obrady Jerzego Szmajdzińskiego!]. Nie wiem co PiS zrobi z Górskim. I nie wiem jak będziemy wszyscy się tłumaczyli z kolejnych zarzutów rasizmu. Zachodnie media będą miały powody, aby po raz kolejny pisać o polakach jako antysemitach i rasistach. Nasi politycy sami dają im amunicje.

Najsmutniejsze jest to, że choć wtopa była ewidentna partyjni koledzy starali się bronić Górskiego do końca. Marek Suski (który teraz na polecenie Joachima Brudzińskiego ma zająć się  teraz tą sprawą) oświadczył: - Artur Górski nie jest rasistą, on jest po prostu monarchistą.

Szefowa poselskiej komisji etyki Elżbieta Witek (Górski ma sporo szczęścia bo właśnie rotacyjne przewodnictwo objęła jego partyjna koleżanka) stwierdziła: - Nie myślę, ze to jest rasizm, to pogląd pana posła Górskiego na wybór tego kandydata. Tak to oceniam. Tylko jeden poseł PiS kiedy usłyszał ten cytat powiedział: - „żenada". [Nie wiem czy mogę ujawnić nazwisko Rozmówcy, bo była to prywatna rozmowa. Ale wiem, że ta osoba czyta S24 - szacunek Panie Pośle]

Natomiast żeby zrozumieć fenomen nowej mimowolnej gwiazdy medialnej, trzeba zrozumieć jego charakter. Koledzy z Polskiej Agencji Prasowej opowiadają taką anegdotkę: - Artur Górski to jedyny dziennikarz PAP, który próbował zacytować w depesze samego siebie.

A było to tak.: młody dziennikarz pewnego dnia pochwalił się, że idzie na spotkanie „klubu zachowawczo monarchistycznego". Szef stwierdził, że jak się już tam wybiera to może jakąś depeszkę z tego wrzucić do serwisu. I w depeszy znalazł się taki urywek „Jak powiedział PAP prezes klubu zachowawczo monarchistycznego Artur Górski..."

Potem poseł szukał szczęścia w Naszym Dzienniku. Gdy zaczął karierę polityczną, w Sejmie znalazł się dzięki sporemu szczęściu (miał niezłą lokomotywę listy) i poparciu 2850 wyborców. Z jego prac udało się zapamiętać tylko tyle, że złożył pomysł intronizacji Chrystusa Króla. Po tym tytanicznym wysiłku liczba jego wyborców skoczyła dramatycznie do 3070.

I nadszedł ten dzień. A właściwie noc. Poseł przy praktycznie pustej Sali zaczął mówić o prezydencie elekcie USA. Robi to w najgorszym stylu. Jego stwierdzenie że „Obama to nadchodząca katastrofa, to koniec cywilizacji białego człowieka" sprawiło, że usłyszała o nim całą Polska. Ba stał się postacią znaną na świecie. Jego złote myśli mogą stać się hitem w zachodnich mediach. W serwisie Reutersa znalazła się depesza poświęcona jego ostatniemu wystąpieniu na mównicy.

 
Chiński przekaz dnia... 2008-10-26 15:09
 Oceń wpis
   

W samolocie Donalda Tuska zabrakło miejsca dla biznesmenów, którzy mieli załatwiać kontrakty w Chinach. Ich podróż była ustalona dwa tygodnie przed rozpoczęciem wizyty. Z premierem polecieli za dziennikarze, którzy dostali zaledwie kilkanaście godzin na zdobycie chińskich wiz. Dla urzędników kancelarii premiera te dwie sprawy nie mają nic wspólnego ze sobą...

Wygląda na to, że PR dla urzędników premiera jest ważniejszy niż biznes i rozwój gospodarki.

Niemal na dwa tygodnie przed wylotem do Chin z Konfederacją Pracodawców Polskich oraz Krajową Izbą Gospodarczą ustalono listę biznesmenów, którzy polecą z premierem. Tuż przed wylotem zadzwoniono do dwóch osób z listy. Oświadczono im, że nie polecą, bo brakuje miejsc w samolocie. Jak ustalił Newsweek, który opisał sprawę skreślono osoby, które miały ostatnie miejsca na liście pasażerów.

Trafiło na wiceprezesa Wyborowej SA. Firmy, która jest największym polskim eksporterem do Chin (!!!) oraz szefa Vipolu - firmy działającej na chińskim rynku od 15 lat. Obaj mieli umówione spotkania z miejscowymi partnerami w towarzystwie rady handlowego naszej ambasady, itp. Mówiąc krótko mieli szanse na kolejne duże kontrakty, z których podatki zasiliłyby nasz budżet.

Zastanawia się jak obaj panowie z twarzą wybrnęli z trudnej sytuacji, bo niewątpliwie musieli dzwonić do wszystkich osób, z którymi byli poumawiani i oznajmić im, że jednak się nie pojawia. Ciekawe jakie powody podawali, bo raczej nie sądzę żeby powiedzieli, że nagle odwołują wyjazd bo zabrakło dla nich miejsca na pokładzie rządowego samolotu którym mieli przylecieć. Nikt nie potraktowałby ich poważnie po takim oświadczeniu. Zwłaszcza że Chińczycy są wręcz przeczuleni na punkcie ceremoniału, etykiety i zachowania twarzy w biznesie.

A najciekawsze jest to, że w tym samym czasie kiedy do biznesmenów dzwoniono z informacją o braku miejsc, urzędnicy kancelarii premiera poinformowali czwórkę dziennikarzy że mogą polecieć z premierem do Chin tylko muszą w poniedziałek zdobyć wizy. Przypadek?

- Szuka pan taniej sensacji - to był jedyny komentarza Sławomira Nowaka, kiedy przedstawiłem mu fakty.

Dla urzędników KPRM odwołanie lotu biznesmenów i danie dziennikarzom około ośmiu godzin na zdobycie wizy nie ma nic wspólnego ze sobą.

Iza Paluch z CIR, która od rana dzwoniła dziś do mojego szefa i do mnie usiłowała przekonać, że to jest normalne iż dziennikarz ma tylko kilka godzin na zdobycie wizy, a o podróży dowiaduje się na mniej więcej 48 czy 72 godziny przed wylotem.

To znaczy, że albo teraz w kancelarii premiera panuje megabajzel (bardzo delikatne określenie) albo urzędniczka usiłowała wprowadzić dziennikarza w błąd. Pamiętam doskonale wyjazdy z poprzednimi szefami rządu. Wszystkie szczegóły dotyczące lotu dziennikarzy były ustalane na tydzień przed lotem - nawet jeśli był to wyjazd jednodniowy. A tu przecież mówimy o podróży trwającej kilka dni, której cel znajdował się na drugiej stronie globu.

Co ciekawe urzędniczka usiłowała wyciągnąć ode mnie informacje od kogo dostałem cynk w sprawie skreślenie biznesmenów z listy pasażerów. Pytała czy dzwonił do mnie któryś ze skreślonych, ktoś kto stracił podróż życia. (Iza chyba nie sądzisz, że ludzie prowadzący od lat biznes z Chinami nigdy tam nie byli i koniecznie muszą lecieć w podróż w towarzystwie premiera rozpadającym się samolotem?). Ba, przyznała się iż obdzwoniła wszystkich potencjalnych informatorów wśród dziennikarzy z delegacji i pytała ich czy z nimi rozmawiałem o zamieszaniu wokół lotu delegacji.

Zostawię to bez komentarza.

Patrząc na relacje dziennikarzy, którzy cytowali następujące słowa premiera: „Przyjechałem tutaj, aby potwierdzić, że Polska bezwzględnie szanuje chiński model rozwoju. Ten model, co widać gołym okiem, przynosi nadspodziewanie duże efekty. Polacy jak żaden naród rozumieją źródła i znaczenie chińskiego sukcesu." oraz „Cały świat słyszał o waszych wielkich sukcesach, ale trzeba przyjechać i zobaczyć, żeby zrozumieć, jaka to skala, jakie to wielkie, niepowtarzalne osiągnięcie". - żałuję że zabrakło miejsca dla biznesmenów, a starczyło dla dziennikarzy. Swoją drogą wspomniane cytaty padły z ust człowieka, którzy jeszcze kilka miesięcy temu publicznie mówił o bojkotowaniu Igrzysk Olimpijskich.

 
Poseł w sieci 2008-10-01 13:39
 Oceń wpis
   

PiS jest za mało aktywne w interencie - narzekał miesiąc temu na swoim blogu poseł Zbigniew Girzyński. Jego partyjny kolega Arkadiusz Mularczyk zmienił tę sytuację. W nowatorski sposób wykorzystał sieć do celów polityczno PR-owych.

"Moja partia polityczna od dawna popełnia duży błąd taktyczny z powodu zaniedbywania najbardziej dynamicznie rozwijającego się medium jakim jest internet." - napisał w swoim blogu Girzyński. Jego partyjny kolega wykorzystał YouTube w sposób nietypowy i ustanowił rekord oglądalności pisTV w ciągu niespełna doby ponad cztery tysiące wyświetleń. A do tego udało mu się nawiązać kontakt z vox populi. On przemówił, a internauci nie tylko skomentowali, ale masowo zaczęli wysyłać maile na jego sejmowy adres. (jak komentowali i co pisali to już zupełnie inna bajka - słyszałem że często podawanym adresem jest Berdyczów ;)

- Drodzy państwo mam wielką prośbę o pomoc. Ponieważ zamierzam podjąć działania prawne, zamierzam wytoczyć proces o ochronę dóbr osobistych byłemu prezesowi Trybunału Konstytucyjnemu, panu Jerzemu Stępniowi. Niestety mam problem związany faktem ustalenia adresu i jego miejsca pobytu - mówi w swoim wystąpieniu poseł Mularczyk. I narzeka, że listy kierowane na adres Trybunału Konstytucyjnego są zwracane, bo prezes TK odmówił przekazania korespondencji Stępniowi do celów procesowych. Dlatego poprosił internautów o pomoc.

- Apeluję do wszystkich ludzi dobrej woli, którzy chcieliby mi pomóc o udostępnienie na moją pocztę mailową pana Stenia. Wykorzystam go tylko i wyłącznie do celów procesowych. Pozew sądowy można złożyć tylko i wyłącznie wskazując adres zamieszkania osoby pozwanej - dodał.

Zresztą po co ja o tym piszę warto obejrzeć

A dlaczego klip w internecie? Poseł od dawna usiłuje znaleźć Jerzego Stępnia, którą podejmuje poseł Mularczyk. - Nie wygląda na to, żeby biuro działające przy MSWiA chciało mi pomóc - przyznał w rozmowie z Newsweekiem. Stąd pomysł klipu w YouTube. Dlaczego o tym piszę? Przyznam, że nie podoba się cel i sposób jego osiągnięcia sposób - ale doceniam sięgnięcie po medium jakim jest internet.

 
Bal w operze 2008-09-30 11:26
 Oceń wpis
   

Miał być wielki bal, a będzie kameralne spotkanie. Póki co na imprezie 11 listopada spodziewanych jest tylko czterech prezydentów, którzy byli z Lechem Kaczyńskim w Gruzji. Czyli PR-owcy prezydenta chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle.

Adam Bielan drugi ze spin doktorów PiS przyznał w wywiadzie dla Newsweeka, że na razie tylko czterech prezydentów potwierdziło udział w „wielkiej imprezie” z okazji naszego Dnia Niepodległości. Z balu wychodzi spotkanie przy kominku czy brydż przy kawie. Cóż jaki kraj takie obchody.

Wygląda na to, że Michał Kamiński znowu trochę przesadził opowiadając mediom o swoim pomyśle na „ocieplenie wizerunku” Lecha Kaczyńskiego. Miało być dobrze – bo pomysł był fajny – a wyszło jak zwykle. Zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, iż kreatywność prezydenckiego doradcy skończyła się na wymyśleniu idei i ogłoszeniu ją we wszystkich mediach. Do imprezy został miesiąc i kilka dni, a nawet nie bardzo wiadomo jak ten „wielki bal” ma wyglądać. 

Jak słychać „na mieście” szef prezydenckiej kancelarii Piotr Kownacki postanowił zrobić trochę porządku w Dużym Pałacu i następnym do odstrzału po Fotydze ma być Michał Kamiński. Być może stąd ten pomysł imprezy - bal zamiast ocieplania wizerunku prezydenta miał być kolejna próba lansowania się prezydenckiego doradcy. Jeśli tak, to prawie się udało. O pomyśle mówiły wszystkie media, ale ciekawe co powiedzą 11 listopada...

 

 

 
Warto czytać... 2008-09-15 19:49
 Oceń wpis
   

Dość mocno wyolbrzymiony przez media spór między Julią Piterą, a Eugeniuszem Kłopotkiem chyba powoli dogasa. Wszystko zaczęło się, bo Julka P. nie doczytała (gazety). W odpowiedzi opozycja postraszyła wyborami. Tyle, że oni też nie doczytali. (ustawy)

W spór między Kłopotkiem, a Piterą nie chce mi się wgłębiać. Mam wrażenie, że pani minister znowu troszkę się zagalopowała. W partii Pitera słynie z ciętego języka. I z tego, że potrafi wydać osąd zanim pozna wszystkie fakty. I o ile wiem co najmniej już raz musiała przepraszać (notabene partyjnego kolegę) za postawione zbyt pochopnie oceny. Jak twierdzi w sprawie posła Kłopotka pomyliła tytuły prasowe.

Ale na konflikcie w koalicji postanowiła skorzystać opozycja. Adam Bielan oświadczył w RMF FM „Uważam, że PO poważnie rozważa przyspieszone wybory, razem z wyborami europejskimi. Zresztą słyszałem to również od polityków Platformy w kuluarowych rozmowach."

Adam [czytelników przepraszam, za familiarny ton, ale z Europosłem znamy się od lat] na Boga przecież sam brałeś udział w pisaniu ordynacji do euro parlamentu. I wiesz świetnie, że okręgi się nie pokrywają z tymi z ordynacji do wyborów krajowych. Nie da się zatem przeprowadzić tego samego dnia wyborów do Europarlamentu i naszego Sejmu. Choć przywilejem polityków jest możliwość podpuszczania media. Ale dziennikarze powinni uważać.

Kiedyś była akcja "cała Polska czyta dzieciom". Może warto pomyśleć nad akcją "cała Polska czyta politykom".

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |


Najnowsze komentarze
 
2013-10-20 22:39
rtvagd do wpisu:
Samobójstwo medialne PiS
podoba mi sie blog
 
2013-08-16 18:25
chwilowka do wpisu:
Pobili Rokitę - czyliw oparach absurdu
Tylko niektórzy dziennikarze, brukowi.
 
2012-12-06 13:15
prawnik_ do wpisu:
Porażająca niekompetencja ministra Ziobro
Teraz mamy ministra sprawiedliwości który nie jest prawnikiem.
 



 
Dziennikarz Newsweeka
 



Kategorie Bloga
 
Ogólne
 



Moje linki


Ulubione blogi