Sejm od kuchni
Polityczna statystyka 2010-08-26 20:53
 Oceń wpis
   
Rok pracy – 18 rozmówców: sześciu ekspertów, 10 polityków oraz dziennikarz i filozof na podsumowanie. I zagadka: nazwisko którego polityka było najczęściej wymieniane w ciągu ostatniego roku?
 
Ale zanim zdradzę rozwiązanie przez chwilę się pochwalę. Wydawnictwo Prószyński postawiło trudne zadanie. Kiedy pojawił się już w księgarniach wywiad rzeka „Zbigniew Religa. Człowiek z sercem w dłoni” szef redakcji literatury polskiej zaproponował : „a może napiszesz coś o polityce?” I tak powstały „Polaków rozmowy o polityce”.  W książce 6 ekspertów mówi o polityce i jak się zmienia, a 10 polityków zdradza kuchnię polityki :)
Wszystkie rozmowy (poza wywiadem z profesorem Zbigniewem Mikołejko) powstały między kwietniem 2009 – a kwietniem 2010. ( pewne rzeczy okazały się prorocze - np. z Jarosławem Kaczyńskim rozmawialiśmy o prezydenturze i jego politycznych ambicjach – nie wiedząc, że za kilka miesięcy będzie musiał wziąć udział w prezydenckim wyścigu)
 
W sezonie ogórkowym wszyscy żyją rankingami i statystykami. Więc dołożę coś od siebie. Właśnie skończyłem indeks osób i sam się trochę zdziwiłem. Czyje nazwisko padało najczęściej? Donald Tusk – 39 razy. Na drugim miejscu jest. Kaczyński. No właśnie i to mnie zdziwiło najbardziej: bo Jarosław Kaczyński – 28. Na trzecim miejscu jest Janusz Palikot (23). Ostatnia rozmowa przeprowadzona „podbiła” liczbę odniesień do Lecha Kaczyńskiego 19 (gdyby nie liczyć ostatniego rozdziału byłoby tylko - 10. I prezydent ulokowałby się nie tylko za Lechem Wałęsą (14) ale także (i tu kolejne zdziwienie, bo postać praktycznie zniknęła ze sceny politycznej) Janem Rokitą (11).
 
W gronie często przywoływanych polityków jest jeszcze  Kazimierz Marcinkiewicz (9) Jerzy Buzek (7), Bronisław Komorowski (6) – (wtedy nikt nie sądził, że mówi o przyszłym prezydencie) oraz Tadeusz Mazowiecki (6)
Komentarza będzie krótki: scena polityczna jest nieobliczalna i nieprzewidywalna.

A tak wygląda okładka i pełna lista rozmówców:

 
Tusk jak Krzaklewski? 2008-01-28 15:23
 Oceń wpis
   

Marian Krzaklewski wszystkie działania AWS, rządu oraz swojej pacynki, tfu przepraszam swojego premiera, Jerzego Buzka poświęcił walce o prezydenturę. Wszystkie te zabiegi skończyły się tym, że o Krzaklewskim mało kto już dziś pamięta. Chyba warto o tym przypomnieć Donaldowi Tuskowi, który ewidentnie podąża drogą wyznaczoną przez byłego szefa "Solidarności".

Podczas piątkowego posiedzenia sejmowej komisji do spraw Unii Europejskiej jeden z posłów zapytał goszczącego tam ministra SZ Radka Sikorskiego, czy konflikt między prezydentem a rządem w kwestii polityki zagranicznej nie przeszkodzi w planach na okres polskiej prezydencji. Jako członek Platformy Obywatelskiej zakładam, że prezydentem będzie już wtedy Donald Tusk i, co za tym idzie, ta współpraca z rządem będzie układała się bardzo harmonijnie - odpowiedział szef MSZ (cytat za Dziennikiem – sam na komisji byłem).

Największym błędem Tuska jest to, że nigdy dotąd jasno nie zdeklarował czy będzie walczył o prezydenturę czy też nie. Wygląda, że raczej będzie chciał zatrzeć traumę przegranej z Lechem Kaczyńskim i spróbuje powalczyć o możliwość zostania „pierwszym obywatelem”. Stąd brak zdecydowanych działań rządu. Czytaj brak reform, które powinny nastąpić.

A to znaczy, że po dwóch latach straconych dla gospodarki przez PiS szykują się kolejne stracone lata przez PO. Bo wiadomo, że jeśli Tusk rzeczywiście chce być prezydentem to nie będzie żadnych cięć rozbuchanych przywilejów socjalnych, zmian w idiotycznym prawie dającym władzę związkom zawodowym w wielu firmach, dalsze dopłacanie m.in. z moich podatków do górników, hutników i setek innych nierobów.

Swoją drogą Tusk albo bardziej wierzy w swoje szczęście niż Krzaklewski, bo szef Solidarności nie miał odwagi kierować rządem, aby stanąć na czele rządu. („Piekny Marian” miał swojego Jerzego Buzka, któremu wbił kierownice w plecy i siedząc na tylnim siedzeniu kierował rządem) Albo asekuruje się już na wypadek przegranej i chce mieć w swoim CV wpisane choćby: premier.

Wydawało mi się, że kto jak kto, ale Tusk powinien wiedzieć, że historia lubi się powtarzać. W końcu jako historyk z wykształcenia powinien umieć przewidywać przyszłość na podstawie doświadczeń z przeszłości. Zatem dlaczego idzie szeroką drogą wyznaczoną przez Krzaklewskiego?

 
Narodowa histeria 2008-01-25 10:11
 Oceń wpis
   

Ludzie kochają krew i łzy czyli jednym słowem IGRZYSKA. Nasi antenaci chadzali do Koloseum, jeździli na wycieczki zwane „wyprawami krzyżowymi" albo organizowali sobie jakąś małą wojenkę lub w najgorszym wypadku wybierali się na rozgrywki ligowe (najlepiej kiedy Legia zdobywała mistrzostwo, a kibole szli w kierunku warszawskiej Starówki).

Najbardziej jednak fascynujemy się tragediami. Siedząc przed telewizorem i jedząc popcorn oglądamy wypadki, pogromy, wojny. Usłużne media pokazując nam płaczące rodziny i znajomych ofiar, a przede wszystkim krew, która znajduje się na miejscu tragedii. (wczorajsze Fakty TVN były tego najlepszym dowodem - aż 20 z 30 minut programu poświecono lotnikom i nic nie szkodziło autorom, że we wszystkich materiałach wykorzystywali niemal te same zdjęcia oraz wypowiedzi tych samych bohaterów).

Tragedie mają jakąś magiczną moc przyciągania. Zawsze tam gdzie policja robi kordon: bo ktoś popełnił samobójstwo, wpadł pod samochód albo z jakiegoś innego powodu zszedł z tego łez padołu, od razu zbiera się tłumek gapiów. Stoją i napawają się widokiem tragedii.

A kiedy wydarzy się jakaś większa katastrofa media robią festiwal narodowej histerii. Urocze i wypindrzone reportereczki (albo reporterzy - choć ostatnio na wizji jest więcej pań), na których twarzach nie widać śladu inteligencji oraz dowodu, że potrafią myśleć pytają: „co się stało i jak to się stało" (to autentyczny cytat z wczoraj z jednej ze stacji informacyjnych).

A w najlepszym razie koledzy po fachu podnoszą sprzedaż bezsensownymi spekulacjami. W tej dziedzinie tytuł absurdu dnia przyznaje dziennikowi „Polska" za teorię o tym, że przyczyną katastrofy był niedziałający system ILS. Autor nie ma chyba pojęcia o lotnictwie i procedurach dotyczących lądowania. Bo jeśli pilot zgłasza wieży, że widzi pas to znaczy, że widoczność jest dobra lub bardzo dobra. W związku z tym nie ląduje się na przyrządach. Tyle, że nawet najbzdurniejsza teoria zostanie powtórzona w innych mediach i sprzedaż tytułu być może podskoczy.

A politycy wykorzystują jeszcze ciepłe trupy do swoich celów PRowych. W nocy premier poleciał na miejsce tragedii. Po co? Rozumiem, że w jednostce zjawił się minister obrony. W końcu zginęli jego podwładni. Ale premier? Nieco spóźniony na miejsce przybył prezydent. Spóźniony bo był w Chorwacji. Byłby wcześniej, ale nie miał swojego „Air Force one". - Samolot poleciał do Warszawy - skarżył się dziennikarzom. Czy szanowny prezydent skoro tak się spieszył nie mógł przewieźć swoich wielce szanownych czterech liter samolotem rejsowym? Musiał czekać na rządową „tutkę"? Gdyby poleciał jako zwykły pasażer zapunktowałby PRowo. A tak wyszło jak zwykle.

A pod wpływem medialnej histerii oraz zabiegów PRowskich polityków zaczyna się narodowa histeria. Anonimowe do chwili katastrofy osoby urastają do rangi bohaterów. Politycy licytują się chęcią pomocy. Choć trzeba przyznać, że tym razem na szczęście nie doszło do takich absurdów jak po tragedii pod Grenoble.

PS

Sądziłem, że widziałem już wszystko. Ale rzeczywistość ciągle mnie zaskakuje. Minister rolnictwa zaczął dzisiejsza konferencję prasową o wymianie kadry kierowniczej w agencjach rolnych od... MINUTY CISZY. Tłumaczył to nie własną chęcią uczczenia ofiar, ale zaleceniem premiera Tuska aby w ten sposób czcic tych, którzy zginęli w Mirosławcu.

 
 Oceń wpis
   

Szuflady z projektami ustaw w resorcie zdrowia świecą pustkami. Ewa Kopacz wysunęła się w tej chwili na czoło rankingu ministrów, którzy zostaną zdymisjonowani w pierwszej kolejności. Sprawa „pakietu ustaw" (czemu w cudzysłowie wyjaśnię później) pokazała także problemy Platformy w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej.

Minister Ewa Kopacz od kilku dni dęła w medialny balonik. Obiecywała pokazać narodowi ustawy, które uzdrowią ledwie dyszącą służbę zdrowia. I wielu dało się nabrać. (to pokazuje słabość naszych mediów oraz brak przygotowaniach merytorycznego dziennikarzy). Rząd nie mógł debatować nad żadnym z projektów Ewy Kopacz. Dlaczego? Bo nie zostały spełnione podstawowe procedury dopuszczające projekty rzędowe pod obrady rady ministrów. Ustawy z resortu zdrowia nie trafiły do uzgodnień międzyresortowych oraz konsultacji społecznych.

Ewa Kopacz z działaniami PR nieco się zapędziła. Przy okazji zrobiła Donaldowi Tuskowi niedźwiedzią przysługę. Premierowi nie pozostawało nic innego jak tylko odwołać posiedzenie rządu. I podjął tę rzadko stosowaną w III RP decyzję. (przyznam się szczerze, że nie pamiętam żeby któryś z ostatnich premierów podjął podobną decyzję)

Po całym dniu spekulacji, dopiero późnym popołudniem przez kilka kwadransów premier i minister zdrowia czarowali dziennikarzy i widzów opowiadając, że ustawy uzdrawiające służbę zdrowia trafią do Sejmu w tym tygodniu. I będą rozpatrywane jako projekty poselskie (dzięki temu unika się procedury uzgodnień międzyresortowych oraz konsultacji społecznych. Zatem przyśpieszy się ich wejście w życie). Tyle, że jestem gotów postawić dolary przeciwko orzechom, że ustaw jeszcze nie ma.

Rano Zbigniew Chlebowski zapewniał, iż na własne oczy widział cztery ustawy autorstwa Ewy Kopacz. Po południu mówił, że projekty są „prawie gotowe". Natomiast Donald Tusk przyznał, że dwie ustawy od pewnego czasu już są gotowe, a trzecia właśnie trafiła do niego.

Ewidentnie są jakieś problemy z komunikacja wewnętrzna. Gdyby wszystko było jasne Zbigniew Chlebowski nie robiłby sobie z gęby cholewy. No dobra powiedzmy sobie szczerze, ordynarnie kłamał.

Zatem można wnioskować, że maksymalnie trzy projekty są ciągle w fazie „cyzelowania". Ciekawe co jest z czwartym? I do Sejmu trafią za kilka bądź kilkanaście dni. Zresztą i tak w tej chwili prace posłów zdominują kwestie budżetu. Od niego zleży ich być albo nie być.

Nie wiem, czy Ewa Kopacz rzeczywiście proponowała dzisiaj premierowi podniesienie składki zdrowotnej. Zawsze mówiła, że tego nie można zrobić zanim nie „uszczelni się systemu". Może zrozumiała, że najpierw należy zrobić systemowi kroplówkę z naszych pieniędzy żeby pacjent nie zszedł? Niewątpliwie Tusk na podwyżkę podatków się nie zgodzi. A Kopacz ma związane ręce. Z pustego i Salomon nie naleje - więc ona nie dysponując większymi funduszami nie zaspokoi (słusznych podkreślam) roszczeń lekarzy. Zatem Kopacz albo stanie się kozłem ofiarnym i Tusk ją zdymisjonuje albo jeśli ma dość oleju w głowie sama zrezygnuje z prowadzenia: mission: impossible

A w Sejmie mówi się, że kolejny do odstrzału to Aleksander Grad. Opozycja jest wyjątkowo cięta na niego. Zwłaszcza za pomysł (całkiem sensowny) sprzedaży LOTu. Złośliwi w komisji skarbu twierdzą, że Grad poleci za 9 maksymalnie 12 miesięcy.

 
 Oceń wpis
   
Zaczynam mieć poważne wątpliwości co do inteligencji prominentnych działaczy PiS. Pominę milczeniem bon moty złotoustego Tadeusza Cymańskiego, czy Jacka Kurskiego. Joachim Brudziński jednak walnął takiego samobója, że trudno przejść nad tym do porządku dziennego.

Sekretarz generalny PiSu Joachim Brudziński, zapewne w ramach 100 dni względnego spokoju dla rządu, oskarżył Donalda Tuska, że co tydzień lata rządowym samolotem do Gdańska i z powrotem do Warszawy. Z zaciętą miną przekonywał, że premier rządowym aeroplanem podróżował do domu aż 16 razy.

Jednak według danych z 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego od dnia wyborów (21 października 2007) specjalny samolot rządowy faktycznie 16 razy pokonał trasę Warszawa-Gdańsk Warszawa. Tyle tylko, że premier Tusk skorzystał z okazji tylko raz. W pozostałych 15-tu lotach głównym pasażerem był - prezydent Lech Kaczyński. (zaraz, zaraz, czy to nie ugrupowanie z którego wywodzi się prezydent obiecywało tanie państwo?)

Zastanawiam się ile jeszcze z wielu rewelacji, którymi częstują nas na niemal codziennych konferencjach i brifingach liderzy PiS są warte tyle samo co słowa Brudzińskiego o Tusku i jego rzekomych lotach rządowym samolotem. Jak mawiał nieodżałowany ks. prof Tischner są trzy rodzaje prawdy. Wynurzenia Brudzińskiego należy niewątpliwie zaliczyć do ostatniej z kategorii wymienianych przez Tischnera.

 
Praktycy do dzieła 2007-11-27 17:51
 Oceń wpis
   

Jeśli Jan Rostowski będzie troszczył się o finanse państwa tak jak o swój budżet domowy to wyprzedzimy nie tylko Irlandie, ale także państwa OPEC. Wreszcie skończyła się selekcja negatywna w doborze kadr.

Dotąd do Sejmu, rządu oraz spółek skarbu państwa szli głownie nieudacznicy, którym niczego nie udało się osiągnąć w życiu (np. „Staszek chciał się sprawdzić w biznesie") i chcieli się sprawdzić w szeroko pojętej polityce. Orłów zarówno intelektu jak i asów biznesu w ostatnich kadencjach było w Sejmie jak na lekarstwo. A jeśli nawet się trafiali to szybko rozumieli, że nikt ich nie posłucha bo najważniejsze są wytyczne partyjne, a nie dobro gospodarki.

Co do selekcji negatywnej to powiedzmy sobie szczerze: doktor Kaczyński niewiele osiągnął na jakiejkolwiek uczelni, a magister Tusk jako historyk w szkole. Choć ten ostatni nie tylko wydał niezły album o historii gdańska, ale całkiem sprawnie niewielki biznes prowadził i dorobił się kilku rzeczy.

Jednak jasnym punktem rządu jest dla mnie Jan (Vincent Andrew) Rostowski. Minister finansów może pochwalić się trzema domami (o powierzchni 200 m kw., 154 m.kw oraz 94 m.kw.) oraz pięcioma mieszkaniami. Ma tez oszczędności  w różnych walutach.

Na jego koncie znajduje się 90 tys. zł, prawie 7 i pół tysiąc a funtów brytyjskich 40 tys euro i pół miliona forintów węgierskich.

Zatem jeśli Jan Rostowski będzie troszczył się o skarb państwa tak jak o swój budżet domowy to wyprzedzimy nie tylko Irlandie, ale także państwa OPEC. Patrząc na majątek ministra wreszcie naszymi finansami zajął się ktoś kto ma nie tylko doświadczenie teoretyczne, ale także praktyczne.

Przeglądając oświadczenia majątkowe ministrów jestem jednak zdziwiony, że niektórzy nie korzystają z rad doradców finansowych. ostatnie tygodnie musiały być bardzo bolesne dla portfeli Grzegorza Schetyny i Mirosława Drzewieckiego. Obydwaj mają spore oszczędności w dolarach...
 
 Oceń wpis
   
Waldemar Pawlak pokieruje ministerstwem gospodarki. Resort skarbu przypadnie w takim razie albo „bezpartyjnemu fachowcowi" albo na pocieszenie Adamowi Szejnfeldowi, który miał zajmować się gospodarką. Szykuje się ciekawy rząd...

Pawlak miał od dawna ambicje związane z gospodarka. Przypomnę, że po tzw. „kryzysie tasmowym", kiedy PiS rozmawiał z ludowcami o koalicji. Pawlak zażądał właśnie ministerstwa gospodarki dla PSL i pełnej niezależności w kierowaniu resortem.

Już na wieczorze wyborczym mówiono, że Pawlak chce być wicepremierem i ministrem do spraw nowej gospodarki. Zatem można wnioskować, że będzie chciał także lansować swojego konika czyli e-gospodarkę. I zapewne ministerstwie lub w ogóle w rządzie znajdzie się także Łukasz Foltyn.

Być może w resorcie gospodarki znajdzie się też Adam Szejnfeld żeby patrzeć na ręce Pawlakowi ;)

Ministrem rolnictwa zapewne zostanie rolnik Marek Sawicki (pardon doktor Marek Sawicki). W tym resorcie zapewne znajdzie swoje miejsce prof. ekonomii rolnictwa Stanisława Okularczyk.

O swoje miejsce w rządzie zapewne powalczy także Aleksander Grad. I pewnie zostanie wiceministrem skarbu. Taka nagroda pocieszenia ;)

 
Jak hartuje sie koalicja 2007-10-24 09:53
 Oceń wpis
   

Już lada chwila zaczną się oficjalne rozmowy koalicyjne PO - PSL. Choć jak wieść gminna niesie, panowie rozmawiali na ten temat na długo przed wyborami. Według plotek z kuluarów Platforma nie jest zachwycona bo chłopy dostać gospodarkę. I żądają nie tylko schedy po Woźniaku, ale także po Jasińskim. Dlatego ponoć jednocześnie toczą się rozmowy z demokratami.prl, którzy weszli do Sejmu z list LiD.

Koalicja znowu rodzi się w bólach. Pewnie mniejszych niż dwa lata temu. Ale Tusk nie ma łatwej sytuacji. Według nieoficjalnych informacji chłopi stawiają coraz większe żądania. Pawlakowi nie ma co się dziwić. Boi się o przyszłość partii. Za cztery lata do Sejmu mogą wejść już tylko dwie lub trzy partie i chce jakość zabezpieczyć swoje ugrupowanie. Pokazać, że to dzięki niemu dobrze się dzieje w gospodarce.

A Tusk chyba nie ma ochoty na takie eksperymenty. Ponoc SA już prowadzone rozmowy w sprawie transferu kilku demokratów z LiDu.

Czeka nas niezły serial koalicyjny. Pewnie trochę nieoczekiwanych zwrotów akcji będzie.

Tagi: koalicja, po, tusk, LiD, PSL, pawlak
 
 Oceń wpis
   

IV RP ma niewątpliwie dwie zasługi: zlikwidowała LPR oraz Samoobronę, a także zmobilizowała Polaków do chodzenia na wybory. I za to powinniśmy być wdzięczni Kaczyńskiemu. Na resztę dokonań IV RP miłosiernie spuśćmy zasłonę milczenia…
Choć PiS w pewnym sensie też wygrał. Ale o tym na końcu tekstu.

Dlaczego wygrała Platforma? Najlepsze wytłumaczenie usłyszałem pod drzwiami zwycięskiego sztabu. Jeśli ma się do wyboru: złodzieja, który wali cię łomem prosto w twarz, albo kogoś pokroju dżentelmena jakim był Arsene Lupin. To wiadomo, że wybierzesz tego drugiego. Paralela ciekawa, ale coś w niej jest ;)

Przecież Platforma i PiS to w sumie bardzo podobna masa spoconych facetów w marynarkach uganiających się za władzą. Tylko, że lepiej wyglądają sympatyczni mężczyźni w dobrze skrojonych garniturach od ludzi o zaciętych twarzach i łupieżem na ramionach tanich marynarek.

PiS przegrał na własne życzenie. Mając takie wyniki w gospodarce (co było zasługa przede wszystkim SLD [obniżka CIT], reform Balcerowicza oraz wejścia do Unii Europejskiej) można było rządzić co najmniej dwie kadencje. Z tego drugą samodzielnie. Problemem był charakter premiera. Ten człowiek (skądinąd niezły strateg) ma to do siebie, że bardzo szybko niszczy to co buduje. Najlepiej dowodzi tego historia PC.

Choć trzeba przyznać, że od 1989 roku żadna partia, która byłą przy władzy nie utrzymała swojego poparcia. Choć stało się to kosztem przystawek. PIS przejęła elektorat populistów. To też świadczy o kondycji i kierunku tej partii.

IV PR umarła w niesławie. Słynne działania CBA (wobec lekarzy [panie ministrze Ziobro gdzie jest opinia Niemieckiego eksperta dot. Doktora G.?], polityków, innych – zniechęciło nawet zwolenników walki z korupcją. Nawet średnio wyedukowani widzieli, ze minister spraw zagranicznych kompromituje ten kraj. Natomiast minister transportu (przy całej mojej sympatii dla Jurka Polaczka) nie ma koncepcji na budowę dróg. I tak można byłoby jeszcze długo wyliczać. Powiedzmy sobie szczerze: dwa lata temu PiS nie był przygotowany do przejęcia władzy.

Co nas czeka? Koalicja PO-PSL. Może być ciekawie, bo w samorządach idzie im nieźle. Ponoć jest już dogadane, że Waldemar Pawlak będzie wicepremierem do spraw nowej e-gospodarki. Chodzą słuchy, że ministerstwo skarbu zostanie połączone z resortem gospodarki. A w ministerstwie rolnictwa zasiądą: Kalinowski i prof. Stanisława Okularczyk (jeden z lepszych transferów z PiS)

Zapewne rząd będzie także ciche poparcie LiD dla tego rządu. W zamian za komisję do spraw śmierci Barbary Blidy lewica pomoże koalicji odrzucać prezydenckie weto.

Zobaczyć miny usłużnych prokuratorów pakujących się po ogłoszeniu wyników wyborów bezcenne. Spakuje się sporo osób w różnych instytucjach. Choć Jarosław Kaczyński w pewnym sensie jest zwycięzcą. Udało mu się zmienić dużą część elit. Platforma tak łatwo nie odzyska TVP, Polskiego radia, oraz wielu instytucji. Bez większości niezbędnej do odrzucania prezydenckiego weta nie uda się to. A do zmiany władz części instytucji potrzebne będą nowe ustawy. SLD będzie pomagało, ale pewnie nie zawsze.

A propos mediów. Zastanawiam się co zrobi Dziennik. Gazeta jest wyraźnie kojarzona z PISem. Nagła wolta odbierze jej tylko wiarygodność i spowoduje dalszy spadek czytelników (a już po mieście krążą plotki, że wydawca z powodu niezadowalających wyników myśli o zamknięciu tytułu). Pozostanie w opozycji wobec nowego rządu może być korzystne. Po chwilowym spadku czytelnictwa. Sprzedaż powinna wzrosnąć, bo brakuje tytułu krytycznego do nowej władzy.

Wybory spowodowane przez IV RP przyniosły jeszcze jedną zmianę. Z polityką pożegnał się Aleksander Kwaśniewski. Ten najmłodszy polityczny emeryt dał dość ważny sygnał naszym politykom. W Sejmie i na scenie politycznej czas na zmianę warty. Odpocząć już powinni ludzie z pokolenia Kwaśniewskiego Kwaśniewskiego starsi. Czas na młodych. Tyle, że ich jeszcze w tym Sejmie będzie niestety niewielu.

PS: We wpisie, który zapoczątkował ten blog opisałem, że mogą być przyśpieszone wybory na przełomie września i października. Owym ekspertem, z którym przegrałem zakład (wino już czeka do odbioru) jest zapewne znany tu wszystkim znany zarówno w Polsce jak i Francji ekspert od PR i marketingu politycznego Eryk Mistewicz.

 
Poselskie gry i zabawy 2007-08-28 18:16
 Oceń wpis
   

W Sejmie zmiany. Przywódcą opozycji został... Roman Giertych. Za to Andrzej Lepper ma nową ksywę. A ulubioną rozrywką posłów jest stosunek przerywany, pardon to znaczy obrady przerywane. W sumie wychodzi na jedno.

Zacznijmy jednak na poważnie. Jak twierdzi jeden z moich kolegów dziennikarzy śledczych, to co powiedział Kaczmarek to dopiero wierzchołek góry lodowej. „Jak inni zaczną mówić” – to PiS będzie pogrążony twierdzi kolega. A propos różnych twierdzeń coraz więcej wskazuje, że wygram zakład. Wybory raczej wiosną, a może nawet później. Chyba już nawet premier nie wierzy, że mogą być październiku lub listopadzie.

A w Sejmie coraz zabawniej. Na niekwestionowanego lidera opozycji nomen omen wyrósł Roman Giertych. Gdyby nie on, nie byłoby żadnego czytanie stenogramów posłom. Platforma zamiast prowadzić jakiekolwiek działania po prostu śpi. A gdy już się na chwilę przebudzą i ktoś im powie prawdę natychmiast się oburzają. Jeden z posłów PO długo z oburzeniem w głosie klarował pewnej znanej dziennikarce, że to Tusk doprowadził do tego, że Dorn zaczął czytać posłom.

Poza wnioskami o powołanie komisji śledczych z czytanek wynikło jeszcze jedno. Andrzej Lepper ma nową ksywę. Na sali już do niego zwracają się do niego per "panie pośle NN". A skąd ten pseudonim? Andrzej L. Zyskał go przez Dorna. „Minister sprawiedliwości w styczniu wydał zgodę na założenie podsłuchu posłowi NN” – przeczytał marszałek. Nawet najbardziej niekumaci parlamentarzyści od razu załapali, że chodzi o Leppera. Po jakie licho więc marszałek ukrył nazwisko? Znowu zwyciężyła w nim chęć pomocy partyjnemu koledze?

A przy okazji o największym pechowcu dzisiejszego posiedzenia. Mniej więcej 20 minutach posiedzenia wpadł do Sejmu poseł Arkadiusz Mularczyk (PiS). – Samolot miał spóźnienie – wysapał lecąc w kierunku sali plenarnej. Sekundę później Dorn ogłosił przerwę, która została przedłużona do wtorkowego poranka. Mularczyk miał pecha, bo kilka godzin wcześniej samolot Ryanair wyjątkowo twardo przyziemił. Po tym jak pękły opony pas startowy został zamknięty. Gdyby poseł zamiast latać wybrał pociąg przynajmniej zdążyłby posłuchać pierwszych 20 minut drugiej czytanki Dorna. Być może we wtorek, nauczony już przykrymi doświadczeniami, wybierze nieco tańszy ale pewniejszy środek lokomocji.

We wtorek nie warto spóźniać się do Sejmu, ponieważ na pewno opozycja przygotuje trochę atrakcji. A sejmowy przerywaniec może potrwać nawet dwa lata. W końcu posłowie pracują według zasady „czy się stoi czy się leży, 10 tys. się należy”
 
1 | 2 |


Najnowsze komentarze
 
2013-10-20 22:39
rtvagd do wpisu:
Samobójstwo medialne PiS
podoba mi sie blog
 
2013-08-16 18:25
chwilowka do wpisu:
Pobili Rokitę - czyliw oparach absurdu
Tylko niektórzy dziennikarze, brukowi.
 
2012-12-06 13:15
prawnik_ do wpisu:
Porażająca niekompetencja ministra Ziobro
Teraz mamy ministra sprawiedliwości który nie jest prawnikiem.
 



 
Dziennikarz Newsweeka
 



Kategorie Bloga
 
Ogólne
 



Moje linki


Ulubione blogi